| Strona główna
|
Zbiórka, baczność, można spać...
Rano następuje przegląd wojska.
Stan: trzech, w tym jeden ranny, jeden korespondencyjny, podobno jeszcze żyje, jeden zmotoryzowany w charakterze niespodziewanego, aczkolwiek mile widzianego wsparcia.
Ilość pozostałych zapałek: jedna niepełna paczka.
Wypite latające małysze: roczne zapotrzebowanie Liechtensteinu.
Plan na najbliższe godziny: spanie. A potem spanie. Ewentualnie spanie.
(A tak przy okazji, to znacie miksturę, która nazywa się Potion of Awakening? Wygrzebaliśmy ją z jednego ze starych informatorów. Należy zmieszać pół kubka cukru, 2 łyżki kawy, 2 łyżki cappuccino i zalać wrzątkiem. Do tego mleko, jak kto chce.
I ciasteczko do smaku. Na własną odpowiedzialność, choć Gary zapiera się, że to nieszkodliwe, bo kiedyś na myszach w pracowni na uniwerku probówali... Zbrodniarze.)
Wczorajsza wyprawa na Kazimierz, której efekty możecie oglądać obok, choć niezwykle miła, pełna zadumy i wyciszenia, przy okazji mocno dała mi się we znaki. Dwie godzinki na świeżym (względnie) powietrzu, a marzyłam tylko i wyłącznie o rzuceniu się na łóżko i odpłynięciu. Niestety, obowiązki nie pozwalały. I tak znowu zarwaliśmy noc, ale tym razem wspólnie pod jednym dachem w mieszkaniu babci Konrada, otoczeni baterią butelek, zakąsek i innych niezbędnych organizatorom konwentu rzeczy.
Ustalaliśmy rzeczy ważne, takie jak styl podlewki pod tekst w informatorze i błahe, jak koszt wejściówki. Spieraliśmy się o fundamentalne zasady działania dotyczące obecności w łazienkach papieru toaletowego, a potem przez aklamację przechodziła propozycja, by do każdej wejściówki dodawać esktra bonusową blaszkę z naszym logo. Było miło i przyjemnie, od czasu do czasu ktoś kimnął, a ktoś inny siadał do komputera i pomagał niezmordowanemu Gary’emu w składaniu informatora. Tudzież Dezinformatora, jak ochrzciliśmy go między jednym a drugim napadem histerycznej głupawki.
Rano wyprawda do drukarni.
Oczywiście okazuje się, że trzeba wracać do domu, bo wzięliśmy nie tą płytkę.
Obracamy, wtedy okazuje się, że czcionki się posypały.
Wracamy, poprawiamy, zanosimy jeszcze raz…
Nawet nie wiem, w którym momencie gubię poczucie, jaki mamy dzień.
Który jest dziś?
Dwudziesty siódmy, nie... chyba wcześniej. Pewnie dopiero poniedziałek, ale może zbliżać się wtorek. Wyśpię się w okolicach późnej środy, by mieć siłę na wczesną sobotę. Na kredyt wezmę trochę snu z czwartku i zainwestuję go w bezsenną niedzielę... Może jakiś producent kofeiny zasponsorowałby moje życie w tym tygodniu?
Patrzę w tej chwili na zegarek i mam chyba coś przed czwartą. Czwarta w czwartek, jadę do hurtowni... bo zapomniałam o papierach… Ktoś dzwonił do drzwi chyba jakiś czas temu, prawda? A, tak... otworzyłam, to był Jarek. Spytał się, czy będę, powiedziałam, że tak.
Ale o co chodziło? A o co chodzi? Qstek, spadaj... Nie możesz znowu być głodny.
Pewnie świadomość dogoni mnie jutro w okolicach podwieczorq. Póki co zrobiła sobie urlop.
|
|