| Strona główna
|
Sprzeczka
Patrzę na zegarek, jest 02.17, podobno (choć dowodów nie ma) 24 kwietnia, chyba 2005 roku. Hm, późno. Qrka, ale ja stara jestem! No, przynajmniej mam jeszcze właściwe reakcje, gdy widzę datę. Nie jest za dobrze, zmęczenie daje znać o sobie i przebija się przez mgiełkę wtoczonej w żyły kawy.
Pociesza mnie jedynie myśl, że za tydzień będę się z tego śmiała w gronie przyjaciół. O ile dożyję. Właśnie łapię się na tym, iż zastanawiam się, co bym zrobiła, gdyby chłopcy zaproponowali mi ten rząd dusz w bajzlu zwanym konwentem dzisiaj. I dochodzę w swych rozważaniach do wniosku, iż – aby pozostać fair i wykazać choćbmy minimum obiektywizmu – muszę zaczekać do czasu ‘po’. Czas ‘w’ jest czasem niekorzystnym do wydawania sensownych ocen.
Dziś rano byłam w szkole, jak chciano nazywać ten przybytek rozkładu, z zaplutym chodnikiem i odrapanymi ścianami oraz podejrzanie zalatującym kiblem. Stefan, który wysłał mnie tam z Marcusem (na przepustce, by bajerować personal kobiecy), abyśmy zrobili wizję lokalną i ocenili, czy po ewentualnej dewastacji straty do pokrycia będą duże. Kazał też nie wybrzydzać, bo jak się zlapie lokal za pięć dwunasta to marudzić nie wolno.
No to nie marudziliśmy podczas wycieczki po wysoko sklepionych, mrocznych korytarzach z początku wieku pomalowanych na beżowo. Marcus zauważył jednak, że jest sporo zakamarków, fajne piwnice i buda z kebabem za rogiem. Szczególnie to ostatnie, jeśli dogadać z obsługą składającą się z trzech panienek i jednego emigranta z Egiptu, mogłoby stanowić atut.
Byłam od samego rana tak padnięta, że nie oponowałam.
Nie oponowałam nawet w chwili, gdy szefowa przybytku przyszłej rozkoszy zaśpiewała nam cenę za wynajem swoich włości. I chyba tylko mundurowi Marcusa zawdzięczamy znaczne spuszczenie z ceny.
Cyferki przed oczami zaczęły mi migać nieco później.
Mieliśmy pojechać do papiernika, supermarketu i jeszcze do kilku hurtowni, by zrobić niezbędne zaqpy. W tym miejscu pojawił się problem w postaci wciąż zagipsowanej nogi naszego szofera. Nie wiem teraz, jak to się stało, że pomyślałam, że może Jarek byłby w stanie nam pomóc, ale niecałą godzinkę później pakowaliśmy razem zgrzewki mineralnej i kartony z papierami do bagażnika jego samochodu.
Rajd Hurtownia-Dakar trwał do późnego popołudnia. W międzyczasie objechaliśmy spory kawał miasta, utknęliśmy w kilku korkach, a potem – jadąc chyba nieco za szybko – wpadliśmy na drogówkę. Jarek zjechał na pobocze. Zatrzymał samochód, obejrzałam się do tyłu, policjant już do nas szedł. Westchnęłam lekko, zbyt zmęczona, by czuć zdenerwowanie.
- Wkurz się na mnie – powiedział nagle Jaro.
- Hm, co…? – marzyłam w tej chwili o sodowej z cytrynką i masażu stóp.
- No, zrób mi scenę, szybko, dawaj – mówił chyba serio. – Taka aktorka jak ty...
Coś zaczęło do mnie docierać.
- Czyś ty rozum postradał?! – poczułam nutkę fałszu w głosie, ale zaczęłam się rozkręcać. – Ileż razy można ci powtarzać, że to nie zabawa!!!
- Ależ... – zrobił zakłopotaną minę i zaczął opuszczać szybę.
- Mistrz kierownicy ucieka się znalazł! – wrzasnęłam tak, że aż szyby zadrżały, a na pobliskim parkingu włączył się autoalarm. – Po co ja... za ciebie wychodziłam!
- Ależ... kochanie...
- Nie kochaniuj mi tu! „Póki śmierć nas nie rozłączy”, a nie jakaś głupia kraksa!
A potem klu programu:
- Ja jeszcze chcę mieć dzieci!!!
- Proszę pana – wyszeptał do Jarka policjant, ze szczerym współczuciem na twarzy. – Proszę jechać i na przyszłość nie przeginać.
- Tak jest, panie władzo.
- Władzą to był mój ojciec. Do widzenia.
Odjechali, my ruszyliśmy chwilkę potem.
- Zadowolony? – zapytałam z łobuzerskim uśmiechem parę skrzyżowań ciszy dalej.
- Żałuję, że poprosiłem. Nie będę mógł w nocy spać.
- Dobra, dobra, panie Schumacher... Zaoszczędził pan właśnie stówkę jak nic.
- Wiem. I chętnie się odwdzięczę. Może...
- Jutro. Dziś nie wiem, jak się nazywam
- Dobrze. Jutro. Jak już się dowiesz.
|
|