| Strona główna
|
Here, at the end of all things...
A ja odpowiem... Nie.
Konrad się pewnie zmiesza (bo zdziwiony to raczej nie będzie, za dobrze mnie zna), zrobi minę zbitego spaniela, ale zniesie to mężnie.
Może nawet spyta się, niby ot, tak, od niechcenia, dlaczego.
Najchętniej, z uśmiechem na ustach, odpowiedziałabym mu: „bo tak”. Ale nie będę go dręczyć.
Ale podroczyć się – czemu nie?
Powiem mu, że to niezbyt dobry pomysł, bo jesteśmy za młodzi, nie stać nas na samodzielne życie, ja chcę robić karierę, a nie rodzić dzieci (tu pewnie nie wytrzymam i się roześmieję), że obecna kolekcja w sklepach z meblami nie pasuje do mojej wizji przytulnego gniazdka, że mam konwent na głowie i nie mogę myśleć o błahostkach, że chyba żartuje, myśląc, że przyjęłabym tak zabawne nazwisko, do którego nie pasuje żadne oryginalne imię...
No i że nie będzie tak prosto, deus ex machina, wszyscy się kochają i koniec opowieści.
Za dużo się napisałam, by tak bez fajerwerków i dramatycznych rozwiązań się to odbywało. Cienkie scenariusze zostawmy cienkim graczom. My gramy w innej lidze i stawiamy sobie wyższe wymagania.
A mamy wiele sesji do nadrobienia.
Wiele czasu do przywrócenia.
Wiele do odkrycia na nowo.
Wiele, nieskończenie.
A potem powiem mu, że to najpiękniejsza chwila w moim życiu i że cieszę się, że tu jest.
Tu, u kresu czasów.
|
|