qiunia blog

Twój nowy blog

A ja odpowiem… Nie.

Konrad się pewnie zmiesza (bo zdziwiony to raczej nie będzie, za dobrze mnie zna), zrobi minę zbitego spaniela, ale zniesie to mężnie.
Może nawet spyta się, niby ot, tak, od niechcenia, dlaczego.
Najchętniej, z uśmiechem na ustach, odpowiedziałabym mu: „bo tak”. Ale nie będę go dręczyć.

Ale podroczyć się – czemu nie?
Powiem mu, że to niezbyt dobry pomysł, bo jesteśmy za młodzi, nie stać nas na samodzielne życie, ja chcę robić karierę, a nie rodzić dzieci (tu pewnie nie wytrzymam i się roześmieję), że obecna kolekcja w sklepach z meblami nie pasuje do mojej wizji przytulnego gniazdka, że mam konwent na głowie i nie mogę myśleć o błahostkach, że chyba żartuje, myśląc, że przyjęłabym tak zabawne nazwisko, do którego nie pasuje żadne oryginalne imię…

No i że nie będzie tak prosto, deus ex machina, wszyscy się kochają i koniec opowieści.
Za dużo się napisałam, by tak bez fajerwerków i dramatycznych rozwiązań się to odbywało. Cienkie scenariusze zostawmy cienkim graczom. My gramy w innej lidze i stawiamy sobie wyższe wymagania.

A mamy wiele sesji do nadrobienia.
Wiele czasu do przywrócenia.
Wiele do odkrycia na nowo.
Wiele, nieskończenie.

A potem powiem mu, że to najpiękniejsza chwila w moim życiu i że cieszę się, że tu jest.

Tu, u kresu czasów.

Prekognicja

7 komentarzy

I oto zyskałam dar jasnowidzenia. Wiem, co wydarzy się jutro (jutro, przypominam, to czas po śnie).

Wstanę rano, ubiorę się i spędzę dobre kilka(naście, dziesiąt) minut w łazience. Pełen, choć dyskretny, by wydawał się naturalny (ech, wy faceci) makijaż. Przygotowana, odprasowana kreacja. Lekkie śniadanie, by ciągłe nienasycenie podgrzewało entuzjazm i odpychało tremę.

Potem, gdy będę już jechać do szkoły, o czymś na pewno sobie przypomnę. Może o tym, że teoretycznie powinnam być na zajęciach z kultur Wschodu? Albo o tym, czego zapomniałam, czego nie załatwiłam, co mi umknęło i za co będą mieli do mnie pretensje, gdy wyjdzie na jaw. Ale gdy już tak się stanie, obok będą Stefan z Garym i ściganym (alejami) przez WSW Marcusem, którzy wszystko naprawią i rzecz potoczy się dalej.

Słowem – porządek przejdzie w chaos, ale po chwili ponownie się uporządkuje. Taka kolej rzeczy.

Rozpoczniemy niemrawo, z niepokojem patrząc na zapełniających budynek gości. Pierwsze godziny stanowić będą katorgę dla naszej, niepewnej sukcesu psychiki. Jak się to skończy, mój dar nie mówi – działa najwyraźniej tylko dobę do przodu i ginie w pomroce dziejów (przyszłych). Ale chyba będzie dobrze, bo nikt z okna się nie rzuca.

Wieczorem impreza rozkręci się w najlepsze. Koledzy Stefana z obsługi i ochrony wywalą na zbity pyszczek kilq głąbów, którzy pomylili lokale. Marcus będzie cierpiał, że zapomniał czarnej pasty do butów na larpa wampirzego. Gary będzie skakał co i rusz między salami, by doglądać swojego sprzętu używanego na spotkaniach.

A mnie przez cały czas, służąc pomocą, wyręczając i wspierając, będzie towarzyszył Konrad.
Konrad, który przyjedzie – zgodnie z esemesową zapowiedzią – rano, pierwszym IC. Bez słowa weźmie się się do roboty, zacznie ustawiać szkołę, ludzi i wszystko do pionu. A potem razem ze mną otworzy konwent, dla którego straciliśmy ładny kawałek życia.

I gdy lekko deszczowo-majową nocą będziemy siedzieć w knajpce za rogiem, nie bacząc na to, czy do całego tego zamieszenia dołożymy, bo będziemy wiedzieć, że i tak warto było, Konrad wyjmie pudełko.

I, oczywiście klucząc, mieszając się i wiedząc, że to najtrudniejszy test, spyta się, czy nie zechciałabym spędzić z nim reszty życia.

A ja odpowiem…

Właśnie się obudziłam. Nie jestem pewna, kiedy zasnęłam, to musiało być jakoś pod wieczór, może około dwudziestej. Chyba wtedy padłam.

Ale również wówczas byłam świeżo po przebudzeniu. Przebudzeniu bardzo wyczerpującym, męczącym i pozostawiającym pragnienie jak najszybszego zapadnięcia w sen. Nastąpiło ono, bo nastąpić musiało i… chyba dobrze, że tak się stało. Prawda nas wyzwoli, jak mawiał pewien mądry człowiek.

Dzisiejszy (wczorajszy) poranek spędziłam w mieście, włócząc się między różnymi ludźmi, u których załatwiałam ważne sprawy, niezbędne dla naszej imprezy. A to tańsze żarcie w barze, a to zniżki na – fuj! – piwo, a to jakieś mniejsze lub większe bzdurki, do których mogłam dotrzeć piechotą, w ciepły, słoneczny dzień. Słońce nagrzewało moje bateryjki i wprawiało w pozytywny nastrój.

Po południu, gdy moje stopy odpoczywały wyciągnięte na trawie, byłam umówiona pod Wawelem z Jarkiem. Kobieca tolerancja – wynikająca z własnego, specyficznego poczucia czasu – zniesie wiele, ale nie 45 minut obsuwy. Rozkoszując się ostatnimi promieniami słońca, poczekałam okrągłą godzinę, ale moim towarzystwem wciąż pozostawały dwa tłuste łabędzie. Rzuciłam im resztę obważanka i ruszyłam w stronę miejskiego zgiełku. Po drodze włączyłam telefon i próbowałam się dodzwonić do Jarka, ale go nie było. Albo nie odbierał.
Nie chcąc wracać do obowiązków, które czekały na mnie w domu, postanowiłam powłóczyć się jesszcze po mieście.

Gdy, kilka rund po wystawowych zakupach później, wreszcie weszłam do swojego pokoju, nie czekały na mnie obowiązki, lecz Jarek.
- Hej, nie odbierałeś… – stwierdziłam bez wyrzutu.
- Tak, wiem.
- Wszystko gra? – zaniepokoiłam się.
- Tak, myślę, że tak.

Zrobiłam herbatę, siadłam na łóżku, Jarkowi zostawiając fotel.
- No, mów co się dzieje – powiedziałam ze szczerym ponagleniem.
- W zasadzie to chciałem cię przeprosić… Tak, wiem, że nie wiesz, za co, ale ważne, że ja wiem. A w zasadzie to wczoraj się dowiedziałem…
- Do sedna, będzie łatwiej, wiem z doświadczenia – uśmiechnęłam się z dziwnym przeczuciem.
- Widzisz, wtedy… Wtedy gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy…
- Na sesji?
- Nie, wcześniej. W sklepie…
- No…?
- To rzeczywiście był prezent dla dziewczyny, a nie rekwizyt dla modelki.
Jeszcze nie rozumiałam.
- Rozumiesz: mojej dziewczyny.
- Ach…
- I dlatego cię przepraszam właśnie – odstawił kubek. – Wczoraj zdałem sobie sprawę, że postępuję nie fair, wykorzystując cię. Tak, tak, wykorzystując. Trafiłaś nie nieciekawy moment mojego życia, ja potrzebowałem kogoś, z kim można pogadać, a ty kogoś, kto się tobą zaopiekuje…

Próbowałam zaprotestować, ale…
- Nie zaprzeczaj. W nic nie wnikam, ale pamiętaj, że trochę cię poznałem… wiem o tobie sporo, nawet jeśli nie wszystko mówiłaś…
- No, tak. Gaduła ze mnie… – uśmiechnęłam się nijako.
- Wiele dla mnie znaczysz. Wiele znaczy dla mnie ta… przyjaźń. Ha, wcześniej nawet nie wierzyłem, że można się przyjaźnić z kobietą, ale… – zaczerpnął powietrza. – Ale właśnie z tego powodu nie mógłbym ci dać tego, czego potrzebujesz.

Popiłam suche gardło herbatą.
- I co teraz zrobisz?
- Hm, jak to…? Z nami?
- Nie, no, z nią.
- Pewnie do niej pójdę, w końcu nie mieszka na końcu świata, lecz dwie ulice dalej.
Zrobiłam zdziwioną minę.
- Nie trzeba wyjechać za siódme morze, by się od siebie oddalić.
- Ale i nie trzeba aż tak daleko żeglować, by się do siebie zbliżyć…
Uśmiechnął się.

- Jeszcze raz, proszę byś mi…
- Nie mam ci czego wybaczać – stwierdziłam fakt. – Jest mi smutno, to prawda. Ale to nie twoja wina. Prawda o sobie samym to jedyna prawda, jakiej nie chcemy do końca poznać…
Ale musimy, jeśli chcemy być wolni.
Wstałam.
- Leć już…
- Na pewno? – wziął mnie za rękę.
- Na pewno, drogę do wolności muszę pokonać sama – przytuliłam go mocno. – Powodzenia.
- Dziękuję.
Zamknęłam drzwi i wtedy chyba właśnie wybiła dwudziesta, a ja dostałam smsa od Konrada.

To chyba wtedy urwał mi się film. Ktoś mi opowie zakończenie?

Jest dobrze

2 komentarzy

Powtarzam sobie.
Wszystko jest zrobione.
Wszystkiego dopilnowałam.
Wszystko załatwiłam.

A jak czegoś nie załatwiłam i nie dopilnowałam, to ktoś inny, odpowiedzialny zrobił to za mnie. Ta myśl trzyma mnie przy życiu i pozwala troszkę pospać. Co prawda w dzień jeździmy jeszcze z Jarkiem i różne rzeczy załatwiamy, ale wieczorami mogę już spokojniej patrzeć w ekran monitora i w lustro, nie zrywając się nagle i nie pędząc do telefonu, by o coś dopytać.

- Jest dobrze – mówi mi Gary i pędzi, bo w drukarni powiedzieli, że do spadu jest za mało miejsca i ma ocenić, czy mogą nieco przyciąć lub pomniejszyć format.
- Jest dobrze – mówi mi szeptem Marcus, bo jest po ciszy nocnej i nie chce, by go przyłapano z komórką. Nie ma co prawda jeszcze przepustki na czas trwania konwentu, ale zapewnia, że w razie czego idzie na samowolkę.
- Jest dobrze – dostaję maila od Konrada, który informuje, że wszyscy prelegenci potwierdzili przyjazd.
- Jest dobrze – mówi Stefan, przymierzając kolejną czapkę z daszkiem i zastanawiając się, którą przeznaczyć na jaki dzień. – Pamiętaj, laleczko, to zawsze jest chaos. A do nas należy jedynie pokierowanie tym chaosem, by sprawiał wrażenie porządku.

Na stole między nami leżą zdjęcia, chyba jestem z nich zadowolona.
- Jest dobrze – mówię Jarkowi, gdy siedzimy wieczorem w ciepłej kafejce, która odgradza nas od siąpiącego świata za pokroplonym oknem. – Program złożony, szkoła nagrana, pełen porządek.
- Wspaniale – odpowiada Jarek, pije swoją herbatę i sprawia wrażenie nieobecnego.
Nie zadręczam go więc opowieściami, lecz zajmuję się kontemplacją chwili i ciszą, której brakowało. I będzie zapewne brakować. Ciszy przed burzą?
- Wiesz… – podejmuje znienacka Jaro, jak gdyby znalazł słowa, dla tego, co chciał wyrazić. – Wiesz… hm… To dziwne.
- Tak? – patrzę się badawczo.
- To ciekawe, że w zasadzie nigdy nie rozmawialiśmy o mnie, o tym, czym się zajmuję, co robię, kogo… – spotyka mój wzrok. – Jej, przepraszam cię, nie chciałem sprawić ci przykrości, tylko stwierdzam fakt, bez wyrzutu…
- Nie sprawiłeś mi przykrości… – sama nie wiem, jak to ubrać w zdania. – Po prostu fakt, który jest prawdą. Sama sobie sprawiam przykrość, jeśli już…

Chwilę milczymy. Deszcz pada (oby przestał do weekendu, bo to nie śnieg, żeby było o czym opowiadać), pijemy herbatę i zastanawiamy się nad nową rzeczywistością, którą stworzyły wypowiedziane przez nas kwestie.
- Hm, powinnam się teraz zapytać, jakiego ogólniaka skończyłeś? – żartuję lekko.
- Lepiej nie pytaj, bo w tym mieście to obciach – Jarek odpowiada i wiem, że rozładowałam trochę atmosferę. – Ale…
- Ale?

Patrzy gdzieś za okno, na zmoczonych ludzi i błyszczące latarnie.
- Ale to daje do myślenia.

Rano następuje przegląd wojska.
Stan: trzech, w tym jeden ranny, jeden korespondencyjny, podobno jeszcze żyje, jeden zmotoryzowany w charakterze niespodziewanego, aczkolwiek mile widzianego wsparcia.
Ilość pozostałych zapałek: jedna niepełna paczka.
Wypite latające małysze: roczne zapotrzebowanie Liechtensteinu.
Plan na najbliższe godziny: spanie. A potem spanie. Ewentualnie spanie.

(A tak przy okazji, to znacie miksturę, która nazywa się Potion of Awakening? Wygrzebaliśmy ją z jednego ze starych informatorów. Należy zmieszać pół kubka cukru, 2 łyżki kawy, 2 łyżki cappuccino i zalać wrzątkiem. Do tego mleko, jak kto chce.
I ciasteczko do smaku. Na własną odpowiedzialność, choć Gary zapiera się, że to nieszkodliwe, bo kiedyś na myszach w pracowni na uniwerku probówali… Zbrodniarze.)

Wczorajsza wyprawa na Kazimierz, której efekty możecie oglądać obok, choć niezwykle miła, pełna zadumy i wyciszenia, przy okazji mocno dała mi się we znaki. Dwie godzinki na świeżym (względnie) powietrzu, a marzyłam tylko i wyłącznie o rzuceniu się na łóżko i odpłynięciu. Niestety, obowiązki nie pozwalały. I tak znowu zarwaliśmy noc, ale tym razem wspólnie pod jednym dachem w mieszkaniu babci Konrada, otoczeni baterią butelek, zakąsek i innych niezbędnych organizatorom konwentu rzeczy.

Ustalaliśmy rzeczy ważne, takie jak styl podlewki pod tekst w informatorze i błahe, jak koszt wejściówki. Spieraliśmy się o fundamentalne zasady działania dotyczące obecności w łazienkach papieru toaletowego, a potem przez aklamację przechodziła propozycja, by do każdej wejściówki dodawać esktra bonusową blaszkę z naszym logo. Było miło i przyjemnie, od czasu do czasu ktoś kimnął, a ktoś inny siadał do komputera i pomagał niezmordowanemu Gary’emu w składaniu informatora. Tudzież Dezinformatora, jak ochrzciliśmy go między jednym a drugim napadem histerycznej głupawki.

Rano wyprawda do drukarni.
Oczywiście okazuje się, że trzeba wracać do domu, bo wzięliśmy nie tą płytkę.
Obracamy, wtedy okazuje się, że czcionki się posypały.
Wracamy, poprawiamy, zanosimy jeszcze raz…

Nawet nie wiem, w którym momencie gubię poczucie, jaki mamy dzień.
Który jest dziś?
Dwudziesty siódmy, nie… chyba wcześniej. Pewnie dopiero poniedziałek, ale może zbliżać się wtorek. Wyśpię się w okolicach późnej środy, by mieć siłę na wczesną sobotę. Na kredyt wezmę trochę snu z czwartku i zainwestuję go w bezsenną niedzielę… Może jakiś producent kofeiny zasponsorowałby moje życie w tym tygodniu?

Patrzę w tej chwili na zegarek i mam chyba coś przed czwartą. Czwarta w czwartek, jadę do hurtowni… bo zapomniałam o papierach… Ktoś dzwonił do drzwi chyba jakiś czas temu, prawda? A, tak… otworzyłam, to był Jarek. Spytał się, czy będę, powiedziałam, że tak.
Ale o co chodziło? A o co chodzi? Qstek, spadaj… Nie możesz znowu być głodny.

Pewnie świadomość dogoni mnie jutro w okolicach podwieczorq. Póki co zrobiła sobie urlop.

Stoję przed bezdenną otchłanią szafy. Zaczyna do mnie docierać największy dramat każdej kobiety… zwyczajnie nie mam się w co ubrać. Im bardziej wpatruje się w wieszaki, szuflady, kosze na bieliznę, tym bardziej dostrzegam ich nieogarnioną pustkę.
W rozpaczy łapie ukochany żakiet w kolorze butelkowej zieleni, bluzkę barwy młodej trawy i mam nadzieję, że to podkreśli melancholię moich oczu… i pomoże zamaskować zmęczenie twarzy.
Jeszcze tylko kropla perfum i jestem gotowa. Drżyj (Atrakcyjny) Kazimierzu!

Kazimierz czekał na mnie jak zwykle czarujący i elegancki. Siedliśmy przy stolikach ze starymi maszynami do szycia, w małej kafejce, gdzieś poza czasem.
Poczułam miły zawrót głowy, to pewnie od nagłej zmiany pogody.

Jaro: Świetnie wyglądasz, sam bym Cię lepiej nie ubrał…
Głośno przełknełam łyk jeśminowej herbaty. Zrób coś – pomyślałam rozpaczliwie. Wyciągnęłam zeszyt z chrupkonowatymi notatkami, zaczęłam szukać spisanych spraw, jakie miałam do Jara…

Flesz!

Jaro: Pierwsze zdjęcie zawsze robię z zaskoczenia…
Ja: Ponoć pierwsze morderstwo zawsze popełnia się w afekcie…
Jaro: Przespacerujemy się? Mam jeszcze cały film do wypstrykania i nie mam z nim, co zrobić.
Popatrzyłam na szelmowski uśmieszek i wiedziałam, że moja próżność zwycięży. Gwałtowny podmuch wiatru rozłożył czerwony wachlarz włosów.

Flesz!

Odwiedzamy urokliwe odrapane klatki, herbaciane ogródki, stare kamienice zaczarowanego Kazimierza.
Jaro: Głowa nieco wyżej… nie teraz nieco niżej, a teraz w prawo. Nie zupełnie, nie tak!
Ja (naburmuszona): Zdecyduj się w końcu… artysta się znalazł.
Zniecierpliwiony Jaro podchodzi do mnie i delikatnie łapie za podbródek. Przesuwa twarz w kirunku światła, ramiona nieco odchyla do tyłu, talię lekko…
Nieruchomieje, słysze szum w uszach… pewnie wiatr się znów zerwał.
Jaro: Tak, teraz dobrze. Spójż w głąb lustra…

Flesz!

Sprzeczka

3 komentarzy

Patrzę na zegarek, jest 02.17, podobno (choć dowodów nie ma) 24 kwietnia, chyba 2005 roku. Hm, późno. Qrka, ale ja stara jestem! No, przynajmniej mam jeszcze właściwe reakcje, gdy widzę datę. Nie jest za dobrze, zmęczenie daje znać o sobie i przebija się przez mgiełkę wtoczonej w żyły kawy.

Pociesza mnie jedynie myśl, że za tydzień będę się z tego śmiała w gronie przyjaciół. O ile dożyję. Właśnie łapię się na tym, iż zastanawiam się, co bym zrobiła, gdyby chłopcy zaproponowali mi ten rząd dusz w bajzlu zwanym konwentem dzisiaj. I dochodzę w swych rozważaniach do wniosku, iż – aby pozostać fair i wykazać choćbmy minimum obiektywizmu – muszę zaczekać do czasu ‘po’. Czas ‘w’ jest czasem niekorzystnym do wydawania sensownych ocen.

Dziś rano byłam w szkole, jak chciano nazywać ten przybytek rozkładu, z zaplutym chodnikiem i odrapanymi ścianami oraz podejrzanie zalatującym kiblem. Stefan, który wysłał mnie tam z Marcusem (na przepustce, by bajerować personal kobiecy), abyśmy zrobili wizję lokalną i ocenili, czy po ewentualnej dewastacji straty do pokrycia będą duże. Kazał też nie wybrzydzać, bo jak się zlapie lokal za pięć dwunasta to marudzić nie wolno.
No to nie marudziliśmy podczas wycieczki po wysoko sklepionych, mrocznych korytarzach z początku wieku pomalowanych na beżowo. Marcus zauważył jednak, że jest sporo zakamarków, fajne piwnice i buda z kebabem za rogiem. Szczególnie to ostatnie, jeśli dogadać z obsługą składającą się z trzech panienek i jednego emigranta z Egiptu, mogłoby stanowić atut.

Byłam od samego rana tak padnięta, że nie oponowałam.
Nie oponowałam nawet w chwili, gdy szefowa przybytku przyszłej rozkoszy zaśpiewała nam cenę za wynajem swoich włości. I chyba tylko mundurowi Marcusa zawdzięczamy znaczne spuszczenie z ceny.

Cyferki przed oczami zaczęły mi migać nieco później.
Mieliśmy pojechać do papiernika, supermarketu i jeszcze do kilku hurtowni, by zrobić niezbędne zaqpy. W tym miejscu pojawił się problem w postaci wciąż zagipsowanej nogi naszego szofera. Nie wiem teraz, jak to się stało, że pomyślałam, że może Jarek byłby w stanie nam pomóc, ale niecałą godzinkę później pakowaliśmy razem zgrzewki mineralnej i kartony z papierami do bagażnika jego samochodu.

Rajd Hurtownia-Dakar trwał do późnego popołudnia. W międzyczasie objechaliśmy spory kawał miasta, utknęliśmy w kilku korkach, a potem – jadąc chyba nieco za szybko – wpadliśmy na drogówkę. Jarek zjechał na pobocze. Zatrzymał samochód, obejrzałam się do tyłu, policjant już do nas szedł. Westchnęłam lekko, zbyt zmęczona, by czuć zdenerwowanie.

- Wkurz się na mnie – powiedział nagle Jaro.
- Hm, co…? – marzyłam w tej chwili o sodowej z cytrynką i masażu stóp.
- No, zrób mi scenę, szybko, dawaj – mówił chyba serio. – Taka aktorka jak ty…
Coś zaczęło do mnie docierać.
- Czyś ty rozum postradał?! – poczułam nutkę fałszu w głosie, ale zaczęłam się rozkręcać. – Ileż razy można ci powtarzać, że to nie zabawa!!!
- Ależ… – zrobił zakłopotaną minę i zaczął opuszczać szybę.
- Mistrz kierownicy ucieka się znalazł! – wrzasnęłam tak, że aż szyby zadrżały, a na pobliskim parkingu włączył się autoalarm. – Po co ja… za ciebie wychodziłam!
- Ależ… kochanie…
- Nie kochaniuj mi tu! „Póki śmierć nas nie rozłączy”, a nie jakaś głupia kraksa!
A potem klu programu:
- Ja jeszcze chcę mieć dzieci!!!
- Proszę pana – wyszeptał do Jarka policjant, ze szczerym współczuciem na twarzy. – Proszę jechać i na przyszłość nie przeginać.
- Tak jest, panie władzo.
- Władzą to był mój ojciec. Do widzenia.

Odjechali, my ruszyliśmy chwilkę potem.
- Zadowolony? – zapytałam z łobuzerskim uśmiechem parę skrzyżowań ciszy dalej.
- Żałuję, że poprosiłem. Nie będę mógł w nocy spać.
- Dobra, dobra, panie Schumacher… Zaoszczędził pan właśnie stówkę jak nic.
- Wiem. I chętnie się odwdzięczę. Może…
- Jutro. Dziś nie wiem, jak się nazywam
- Dobrze. Jutro. Jak już się dowiesz.

Oczywiście z rana byłam nie do życia i wolę nie myśleć, jaka będę jutro. Jutro, czyli dziś z rana, albowiem jutro=dzień po nocy, w slangu informatyków, jak mnie uświadomił Gary.
A tak by the droga, słyszeliście o pomyśle państwa dla informatyków, które działa nocą? No, wiecie, przedszkola od dwudziestej drugiej itepe… Większa z tym, może kiedyś przytoczę rozważania nad utopią Gary’rego.

Ale mówiłam o tym, że z rana byłam nie do życia i nawet na jedyne kochane zajęcia z wschodnich kultur nie poszłam, bo moje chi nie uniosło się znad pościeli.
Nie przeszkodziło mi to wkurzyć się na Jara.

Zadzwonił. Hej, hej, co tam, jak tam, fajnie, dobrze, jak małe, rude, piegowate…
- A dobrze, dzięki.
- Hm, właściwie – coś mnie tknęło – to dawno mi Klu… twoi rodzice nie kazali przychodzić na wieczór do robienia za górę do wspinaczki.
Wtedy chlapnął:
- Bo sam ich o to prosiłem.
Odebrało mi mowę, więc kontynuował, ale chyba wyczuł, że popełnił największy błąd swojego życia, który może go to życie kosztować.
- No, bo wiesz… Pomyślałem, że masz masę rzeczy na głowie, tą całą konwencję i że pewnie byś nie odmawiała prośbie rodziców, ale kosztowałoby cię to w zasadzie więcej niż byś zarobiła, bo czasu za mało i…
Urwał.
A niech to, ale byłam wściekła. Cud, że nie rzuciłam słuchawką, jak to miałam w zwyczaju jeszcze nie tak dawno temu. Zamiast tego tylko podziękowałam za pamięć i skończyłam w trzech zdaniach rozmowę.

Potem zaczęłam zaś myśleć i wymyśliłam, że natychmiast idę do Kluchy i Chudeusza, by prosić ich, by mnie z powrotem do ‘pracy’ przyjęli, że to nie był mój pomysł, że…
Puk, puk. Stukam po raz kolejny, nikt nie otwiera.
Po paru minutach ruszam zniechęcona w dół, a w połowie drogi natrafiam na Jarka.
Kręcę głową z uśmiechem oznaczającym coś pomiędzy „no, nieźle dałeś czadu” a „szkoda czasu, by się o to kłócić”, a wtedy on bezradnie rozkłada ręce w przepraszającym geście.

Potem siedzimy w kuchni, pijemy herbatę lekko zaprawioną rumem (chłodno dziś niemiłosiernie, aż się o pogodę na Chrupkon martwię) i czuję, jak powoli odpływam.
Zapałki pękają.

Potem budzi mnie coś małego, rudego, piegowatego. Jest przed dwunastą, zasnęłam przy stole. W czasie rozmowy. Małe, rude, piegowate ma mi tysiące rzeczy do powiedzenia w tej chwili, ale niewiele do mnie dociera, więc potakuję tylko i uśmiecham się bezładnie.

Jarek odwozi mnie do domu.
Przede mną kolejna bezsenna noc.
Ale i bez pracy chyba bym nie zasnęła.

Wczoraj siadłam do gadu. Wstępnie ukryta.
Z początku nie czułam się zbyt komfortowo – ostatnie wydarzenia odebrały mi ochotę do połowicznego kontaktu międzyludzkiego. Ale, konwent za pasem, trzeba działać, a nie marudzić. Maruda to był w Smerfach.

Włączam więc kompa, podpinam się do sieci i czuję, jakbym spadała w głąb wodospadu danych. Bombarduje mnie tona zaległych listów, zapytań, korespondencji, listów z pogróżkami („ja też was kiedyś zarżnę, zające! Nu pagadi!”), wyrazów uwielbienia połączonych z wyłudzaniem wejściówek oraz kilometry stron for, na których odpowiadam na wszelkie pytania związane z Chrupkonem, co i rusz natrafiając na komentarze Stefana, Gary’ego i Marcusa. Po dwóch godzinach takiej jazdy ze ściśniętym żołądkiem i zawrotami głowy na wirażach, miałam powoli dość… A dopiero się zaczynało.

Wtedy gadnął mnie Gary.
- Hejka, co tam? Poźna porka, co?
- A, no… :P
- Co robisz?
- Listy ludzi z wejściówkami, potem listę zadań, potem harmonogram na ten tydzień, potem… A ty?
- Składam informator. Masa roboty, w weekend raczej nie śpię, już otoczyłem się baterią guarany. Sam layout zajmie mi do jutra wieczora, a jeszcze nie mam programu…

Wtedy gada do mnie…:
- Mrrrrrrrok. Hejka, tu my. Znaczy się moje „ja” i Stefan, który właśnie… stef, zostaw to…
- Marcus?
- Yo, to moje „ja” teraz się przebiło, laleczko… leż cicho chłopcze, gdy dorośli rozmawiają…
- Co robicie, Stefan?
- Hm, lepiej się spytaj, czego nie robimy, a potem zadzwoń do animalsów, har har har.
- Raczej do sąsiadów, by wam prąd odcięli.
- Tego nie rób, bo wszystko w łeb weźmie. Głąb zasuwa nad larpami i dopicowuje szczegóły wystroju szkoły, a ja rozpisuję, co mamy qpić, jak będą wyglądać dyżury na akredytce, ile papieru przypadnie na robo-godzinę i ile wody wypije statystyczny prelegent…
- No, to pięknie, jestem z was dumna…
- Się wie, laleczko. Się wie…
- A kto program spisuje…?

Wtedy gadu pinga po raz trzeci.
- Melduję, że opisy mam w połowie, program złożony, sesje ustawione – niemal słyszę głos.
- Świetnie.
- Podsyłam do akceptacji.
- Jasne, już patrzę.
Patrzę. Dobre.
- Świetne.
- Dzięki, a ty jak się trzymasz? Bezsenna noc w perspektywie…
- Obawiam się, że niejedna jeszcze…
- Tak, tego nie przewidzieliśmy.
- Jasnowidz by się raczej do frekwencji przydał, bo to, że nie będziemy spać, można było założyć…
- Mhm… Ale za to ile radości sprawimy ludziom…
- :-)
- ;-)
- No to życzmy sobie dobrej nocy…
- Pierwszej z wielu…

Gadu chwilę milczy.

A potem pojawiają się kolejne komunikaty, statusy, nadsyłane pliki, przesyłane dane.
W takich chwilach jak ta dociera do mnie, jak malutki jest świat.
Przynajmniej mój.

…brzmi: dlaczego wczoraj nie pisałam?
Odpowiedź (za punktów nieco mniej): Z bardzo – jak zwykle – magicznych przyczyn.

Otóż, siedziałam przy komputerze.
Cóż w takim razie trudnego, by otworzyć okienko i od czasu do czasu coś wstukać do nas, spytacie. Odpowiem, ze to była czysta magia. Pewnie i tak uwierzycie, ale i tak opowiem.

Wróciłam wczoraj potwornie zmęczona do domu. Czy zmęczona? Tym.

(Uwaga! Poniżej pełne, stuprocentowa skażenie kobiecością w czystej formie. Tak to właśnie wygląda bez cenzury, gdy wychodzimy z trumien i nie pada na nas światło dnia, a ktoś nas karmi tylko czekoladą! Na własną odpowiedzialność!!!)

Głowa z prawej:
- Jest taki typ kobiet, które są naszymi genetycznymi rywalkami… Wiecie, te wiecznie nastoletnie, szczupłe, śliczniutkie lolitki…
Głowa z lewej:
- …znaczy się my, kobieca społeczność studencka to te przysłowiowe potwory, co i tak koniec końców znajdą jakiegoś frajera…

Wyobraziłam sobie trzygłowego amatora Hydry, trzygłowego absoltwenta AGH, jakiegoś Maćko-Michało-Marcina, który za sprawą związku z humanistką będzie łatał swoje podziurawione ego.

Głowa w środku:
- Potwory? Teraz obowiązuje język poprawinie polityczny i mówi się „kobiety obdarzone oryginalna urodą”…
Ja:
- …lub w ostateczności „to takie sympatyczne dziewczyny”!

Chichot i brzęk filiżanek spłoszył gołębie w herbaciarni na Gołębiej.

Ja (qrka, czuję się jak w dramacie salonowym):
- Najgorsze jest to, że te gumowe lale wcale nie mają pustych główek…
Głowa z lewej:
- Tak, jak ktoś je dmucha to im się kuleczka w głowie rucha!
Głowa z prawej (pełnym patosu głosem [o, widzicie?! Didaskalia na całego!]):
- Gorzej! Nam się rucha, a nikt nas nie dmucha!
Nasz śmiech i szczebiot porcelany doprowadził gołębie do masowej histerii.

No i powiedzcie mi, jak ja miałam wczoraj po tym wszystkim pisać?
Dziś siadam przed komputerem i, po raz pierwszy od bardzo dawna, uruchamiam gadu.
Ciekawe co się wydarzy…?


  • RSS